W zbiorach Lwowskiej Galerii Sztuki znajduje się obraz Józefa Engertha z 1827 roku przedstawiający wnętrze kolegiaty w Żółkwi. Widać na nim cztery ogromne malowidła. Dwa w prezbiterium i dwa w nawie poprzecznej. Te ostatnie rzucają się w oczy. Są na nich sceny batalistyczne. Tak samo jak na tych w prezbiterium. Przedstawiają bitwy pod Kłuszynem, Chocimiem w 1673 roku, Wiedniem i Parkanami.
Obrazy te zostały zdjęte ze ścian kościoła na początku lat 70. XX wieku na polecenie Borysa Woźnickiego, dyrektora Lwowskiej Galerii Sztuki, bardzo zasłużonego dla ratowania zabytków na Ukrainie, w tym również znajdujących się we wnętrzach kościołów.
„Bitwa pod Wiedniem" trafiła do zamku w Olesku, gdzie urodził się Jan III Sobieski. Znalazła się na muzealnej ekspozycji, choć była częściowo zwinięta – sala zamkowa była za niska dla obrazu o wysokości ponad 7 metrów. Pozostałe obrazy: „Bitwa pod Kłuszynem" i „Bitwa pod Chocimiem" znalazły się w muzealnych magazynach w poklasztornym budynku w Olesku, „Bitwa pod Parkanami" leżała zaś zwinięta w skrzyni.
Sprawa ich powrotu na miejsce pierwotnego przeznaczenia ożyła, gdy dwa z nich, autorstwa włoskiego malarza Martina Altomontego, w grudniu 2007 roku trafiły do Polski i na mocy porozumienia między Zamkiem Królewskim a Lwowską Galerią Sztuki zostały poddane długiej, żmudnej i kosztownej konserwacji. Prowadził ją zespół polskich i ukraińskich specjalistów pod kierownictwem konserwatora Pawła Sadleja.
Gdy wiosną 2012 roku obrazy wróciły na Ukrainę, zostały zawieszone w zamku w Olesku i w zamku w Złoczowie.
Zdaniem polskich konserwatorów, historyków sztuki oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które sfinansowało prace przy obrazach, powinny one trafić – jako depozyt Lwowskiej Galerii Sztuki – z powrotem do kolegiaty w Żółkwi, dla której przecież zostały stworzone. Na przyjęcie obrazów do świątyni zgadza się arcybiskup lwowski Mieczysław Mokrzycki.
Rzeczywistym problemem jest jednak nie klimat w kościele, lecz to, że jest to kościół „polski". Nikt oficjalnie we Lwowie nie powie tego wprost
Panteon chwały rycerstwa
Fundatorem kolegiaty w Żółkwi był Stanisław Żółkiewski, znakomity wódz i hetman. Świątynia powstała w latach 1606–1618. Profesor Jerzy T. Petrus, historyk sztuki, stwierdza: „Kolegiata nie miała być pomnikiem sławy rodowej, lecz panteonem chwały wojska Żółkiewskiego, tych, którzy walczyli i ginęli. Żółkiewski kazał się modlić nie tylko za swoich żołnierzy, ale także za wrogów. Piękny, monumentalny fryz kamienny obiegający kolegiatę pokazuje zwycięskich rycerzy polskich i pokonanych: Moskwicinów, Tatarów, Turków. Po śmierci Żółkiewskiego w bitwie pod Cecorą stało się oczywiste, że kolegiata stanie się także miejscem kultu wybitnego wodza".
Hetmana pochowano w kolegiacie. Na znajdującym się tam jego pomniku widnieje taki oto napis:
„Niech z kości naszych powstanie mściciel".
Dziewięć lat po śmierci Żółkiewskiego przyszedł na świat mściciel – jego prawnuk Jan Sobieski. W 1673 roku zwyciężył Turków pod Chocimiem, przekreślając hańbę traktatu buczackiego zawartego rok wcześniej. Otworzyło mu to drogę do tronu. Po dziewięciu latach pokonał Turków pod Wiedniem. Sobieski nawiązał do koncepcji swego pradziada i rozbudował ideę panteonu chwały rycerstwa polskiego, tworząc zarazem pomnik swoich zwycięstw. Żółkiewski zamówił obraz przedstawiający bitwę pod Kłuszynem, Sobieski zaś trzy obrazy przedstawiające bitwy pod Chocimiem, Wiedniem i Parkanami.
Dwa ostatnie namalował Martin Altomonte. To wielkie obrazy, każdy z nich ma około 60 mkw. powierzchni.
Jerzy T. Petrus wskazuje, że „Altomonte przygotował się bardzo starannie do realizacji tych kompozycji. Król rok po zwycięstwie pod Wiedniem urządził w Żółkwi pokaz trofeów. Altomonte musiał być tam wówczas obecny. Zachowały się jego szkice rysunkowe namiotów i militariów. Obrazy „Bitwa pod Wiedniem" i „Bitwa pod Parkanami" Altomontego to wysokiej klasy malarstwo, na przyzwoitym poziomie europejskim".
Artysta otrzymywał precyzyjne wskazówki i opisy od Jana III Sobieskiego, przynajmniej jeśli chodzi o bitwę pod Wiedniem. Król musiał opowiedzieć malarzowi o zarzynaniu strusia, którego wezyr kazał zabić, by nie stał się zdobyczą Polaków, i o ucieczce odalisek z tureckich namiotów. O strusiu pisał do żony, ubolewając nad jego losem, pragnął bowiem włączyć go do swego zwierzyńca. Oba te epizody Altomonte ujął w swoim obrazie.
Ratowanie obrazów
Po II wojnie światowej kolegiata została zamknięta i przekształcona w magazyn, a na początku lat 70. cztery batalistyczne obrazy zostały przewiezione do Oleska. Profesor Jerzy T. Petrus twierdzi, że „działanie Borysa Woźnickiego było podyktowane dobrymi intencjami. Zastanawiam się jednak czasami, co by było, gdyby ich nie zabrał. Obrazy zapewne przetrwałyby, doczekałyby odrodzenia się parafii, zostałyby poddane konserwacji i dziś nie mielibyśmy kłopotu z tym, gdzie mają wisieć".
Paweł Sadlej, konserwator, dodaje: „Uratował je dyrektor Woźnicki. To jest poza wszelką wątpliwością. Gdyby nie zostały zdjęte, byłyby równie zniszczone, a może jeszcze bardziej. One były w takim stanie, że mogłyby spaść na ziemię, a potem zostałyby wyrzucone".
Ponad 30 lat przechowywania w Olesku zrolowanej na drągu „Bitwy pod Parkanami" zagroziło jednak jej istnieniu.
Według Pawła Sadleja „obraz był rozwarstwiony, osypywał się, był zakażony pleśniami i grzybami, co powodowało zniszczenia warstwy malarskiej. Kompozycja była już nieczytelna, gęsto pokryta ubytkami. Dalsze pozostawanie obrazu w takim stanie doprowadziłoby do kompletnej utraty tego dzieła sztuki".
Prace kilkudziesięcioosobowego polsko-ukraińskiego zespołu konserwatorskiego trwały dwa i pół roku. Kosztowały ponad 4 mln zł. To najdroższa konserwacja zabytku naszej kultury znajdującego się poza Polską. I wbrew temu, co można usłyszeć we Lwowie, prace nie zostały sfinansowane z funduszy europejskich, lecz z budżetu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Dwa pozostałe obrazy – „Bitwa pod Kłuszynem" i „Bitwa pod Chocimiem" – także powinny być poddane konserwacji. Teraz jednak, gdy wbrew oczekiwaniom strony polskiej obrazy Altomontego nie trafiły do Żółkwi, nie ma atmosfery sprzyjającej dalszej współpracy.
Obrazy Altomontego wróciły po konserwacji na Ukrainę w kwietniu 2012 roku. Dwa miesiące później „Bitwa pod Wiedniem" znalazła się na zamku w Olesku, a „Bitwa pod Parkanami" na zamku w Złoczowie – w oddziałach Lwowskiej Galerii Sztuki. Niestety, oba dzieła zostały – bez udziału polskich konserwatorów – źle zawieszone. Powstały fałdy na powierzchni płótna i zostało ono naprężone, co może spowodować zniszczenia. Nie mówiąc już o tym, że wnętrza, w których się znalazły te wielkie obrazy, nie zapewniają odpowiedniej perspektywy niezbędnej do ich oglądania. Nie można bowiem objąć wzrokiem całości kompozycji. To tak, jakby oglądać film, siedząc w pierwszym rzędzie.
Dlaczego nie?
Dlaczego obrazy nie wróciły do Żółkwi?
Jerzy T. Petrus tłumaczy to tak: „Muzealnicy przywiązują się do przedmiotów i bardzo niechętnie się z nimi rozstają. To na ogół jest zaleta, ale czasami uniemożliwia racjonalne działania. Mówię to jako człowiek pracujący ponad 40 lat w muzeum".
Borys Woźnicki miał koncepcję, by obrazy w Żółkwi były eksponowane w zamkach tzw. Złotej Podkowy Ukrainy: w Olesku, Złoczowie i w przyszłości zapewne także w Podhorcach. Ale zamku, a właściwe pałacu w Podhorcach nie udało mu się doprowadzić do stanu, w którym mógłby stać się placówką muzealną.
Dyrektor Lwowskiej Galerii Sztuki zginął w wypadku samochodowym w maju 2012 roku. Teraz we Lwowie podaje się argument, że trzeba uszanować wolę zmarłego, jego testament. Larysa Woźnicka, nowy dyrektor Lwowskiej Galerii Sztuki, broni pomysłu ojca dotyczącego obrazów z Żółkwi.
Profesor Jerzy T. Petrus stwierdza natomiast: „Widziałem ewolucję poglądów dyrektora Borysa Woźnickiego. Być może za jakiś czas przystałby na naszą koncepcję polegającą na tym, by kolegiata w Żółkwi była kościołem i zarazem muzeum, w którym znalazłyby się znów obrazy batalistyczne. Śmierć przerwała rozmowy na ten temat".
Testament Woźnickiego to tylko jeden z wysuwanych argumentów. Innym są nieodpowiednie warunki dla obrazów, jakie panują w kościele. Konserwator Paweł Sadlej mówi: „Przez trzy lata badaliśmy warunki cieplno-wilgotnościowe w kolegiacie, wiemy, jakie są zagrożenia i co zrobić, żeby je zlikwidować. Strona polska gotowa była poczynić konieczne inwestycje, by warunki dla obrazów były idealne".
Rzeczywistym problemem jest jednak nie klimat w kościele, lecz to, że jest to kościół „polski". Nikt oficjalnie we Lwowie nie powie tego wprost, tak jak nie przyzna, że w tej sprawie odzywają się resentymenty: nie będą Polacy decydować, gdzie będą wisieć nasze obrazy. I nie będą odtwarzać panteonu chwały swojego rycerstwa.
Gdy w czerwcu tego roku do Lwowa przyjechał minister kultury Ukrainy, by wraz z władzami lokalnymi, polskimi i ukraińskimi ekspertami rozmawiać o tym, gdzie mają znaleźć się obrazy, spotkał się z pikietą przeciw ewentualnemu umieszczeniu ich w Żółkwi. Na jednym z transparentów widniał napis: „»Bitwa pod Wiedniem« to nie obraz sakralny. Jego bezpieczne miejsce jest w muzeum, a nie w kościele". Jeden z polskich konserwatorów dostrzegł wśród demonstrujących ukraińskich kolegów, z którymi pracował przy konserwacji obrazów Altomontego. Zaskoczony zapytał: „Dlaczego to robicie?". Usłyszał odpowiedź: „Kazali nam".
Zarówno profesor Jerzy T. Petrus, jak i konserwator Paweł Sadlej podkreślają, że część ukraińskich muzealników oraz konserwatorów doskonale rozumie, iż miejsce obrazów batalistycznych stworzonych specjalnie dla kolegiaty w Żółkwi jest właśnie tam, a nie w muzeach. Miasto zyskałoby kompletny zabytek. A nie jest nim kolegiata pozbawiona batalistycznych płócien. Sprawa ma jednak także tło polityczne. Niechęć między Lwowem a Kijowem. To nie tylko Polacy nie będą decydować o miejscu przeznaczenia obrazów, ale także nie będzie decydował Kijów. Ciekawe w tej sprawie jest to, że choć Lwowska Galeria Obrazów podlega ministrowi kultury – który rozumie polskie argumenty przemawiające za powrotem dzieł Altomontego do kolegiaty – decyzję o zawieszeniu obrazów podjęły lokalne władze lwowskie. A wszystko to działo się w kontekście październikowych wyborów na Ukrainie.
W tej sprawie potrzebna jest cierpliwość, szkoda tylko, że z powodu złego zawieszenia obrazów Altomontego część pracy polskich i ukraińskich konserwatorów już została zniweczona.


Skomentuj